Galeria Arsenał w Białymstoku – Polska Galeria Sztuki Współczesnej powstała w 1965 roku jako jedno z Biur Wystaw Artystycznych, a ulokowano ją przy ul. Mickiewicza, w dawnym arsenale hetmana Branickiego. Organizatorem Galerii był Mikołaj Wołkowycki.  W połowie lat siedemdziesiątych na parterze budynku przycupnęła taka niby to kawiarenka – niby bufet, prowadzony przez WSS w Białymstoku. Dla białostockiej bohemy był to wymarzony lokal, gdzie w przeciwieństwie do Empiku, można było w kameralnych warunkach, umościć się w bachusowych objęciach. Początkowo dominowało wino, wspierane przez dawniej polewaną spod fartuszka – w tym przypadku spod stolika własną wódeczkę. Tu  prawie zamieszkał Andrzej Mer, a kulturalnego tonu nadawał Edward Redliński, wspierany przez Janusza Niechwiedowicza i Krzysia Próchniewicza. Tam też wzorem warszawskich kawiarni swój stolik miał znany białostocki fotograf Henryk Rogoziński, który w perfekcyjnie opanowanej technice gumy zapisywał podlaskie klimaty.

Arsenałowe towarzystwo nie należało do kulinarnych koneserów. Duchowe potrzeby przedkładali nad cielesne doznania. Aczkolwiek tylko w sferze kulinarnej, bo między flaszką a butelką wina pojawiała się połówka wędzonego kurczaka i to wystarczało. Gorzej było kiedy towarzystwo weszło na obroty, a biedna barmanka musiała zamykać interes. W ruch szedł kapelusz lub czapka, w które solidarnie składano datki na nadgodziny i taksówkę dla barmanki.

W latach osiemdziesiątych lokal wydzierżawił, a właściwie „wziął” w ajencję Józek Paszkowski i zmieniała się – a właściwie podzieliła atmosfera Arsenału. W godzinach rannych rządzili artyści – Stefan Rybi, Jurek Lengiewicz, Krzysio Koniczek, Mietek Szewko, Artur Chociej, Kazio Jurgielaniec –   a w piątkowe i sobotnie wieczory studenci na dyskotekach. Szczególnie celowali w tym żacy z Wydziału Prawa pobliskiej Filii Uniwersytetu Warszawskiego. Wędzony kurczak przemienił się w kiełbaski z wody lub rusztu, a czysta na winiak pałacowy. Wtedy też niepodzielnie nad Arsenałem zapanował Jurek Hermanowicz kierownik Galerii Sztuki Współczesnej. Po spektaklach wpadał na jednego głębszego Rysio Doliński, który po niedługich namowach serwował gościom  kawałek z ówczesnego hitu – Skrzypka na dachu.

Powoli nadchodziły czarne czasy dla artystycznego Arsenału. Dyskotek narobiło się  co niemiara, a co gorsze skończyły się dobre czasy dla plastyków, którzy byli finansowym filarem knajpki. W czasach PRL-u nikt nie marzył o komputerach, ploterach i programach graficznych, a uroczystościom – majowym, lipcowym czy październikowym – należało nadać odpowiednią oprawę plastyczną. Malowali chłopaki Leniny w czapce i bez, Niech się święci…naród z partią i inne bzdury. A wydział propagandy KW PZPR płacił od ręki. I to nieźle. Plastycy swoje materialne skundlenie, zapijali właśnie w Arsenale.  Dzidek Parczyński potrafił balować na krechę cały miesiąc, po spłaceniu kreski zostawało mu na jeden balecik i kredyt otwierał się na nowo. Dzidzia lubił pociągnąć i to niewąsko, a jak już wszedł na obroty odpytywał współbiesiadnika ze znajomości filozofii, drążąc paradygmat Kanta. Jego filozoficzne zapędy ukrócił  jeden z białostockich filozofów, nagabując go – o który paradygmat Emanuela chodzi, bo jest ich co najmniej pięć wersji. Dzidziusia o mało szlag nie trafił, ale z filozofią dał sobie spokój.

Klub Siedmiu zniknął, Empik stracił swój kultowy sznyt,  jego bywalcy zajmowali się już wyłącznie plotkami, także Arsenał był już tylko arsenałem broni dawno wystrzelanej. Rzuciło się więc bractwo do Marchanda, bo tak nazywała się ta artystyczna kawiarenka, którą Miasto wydzierżawiło Związkowi Polskich Artystów Plastyków.

A klimat w niej był faktycznie artystyczny. Nikt nie zwracał uwagi na nakrycia, stoliki, czy serwety. Ważne, żeby było audytorium i coś do popicia. I działo się: a to wystawa, a to bardziej lub mniej mądre wygłupy stałych bywalców. Do artystów wpadało się tak jak onegdaj do Empiku, może nie na kawę, a coś mocniejszego, ale zawsze tam można było spotkać kogoś do pogadania.

Kilkadziesiąt lat po pierwszej kradzieży obrazu w historii PRL-u zdarzył się kolejny dziwny przypadek kradzieży dzieł sztuki. Tym razem ofiarą padł Marchand, a właściwie jego galeria, z której złodzieje wyprowadzili kilka obrazów, duszy marszandowego klimatu Artura Chacieja. Przez kilka godzin artysta pysznił się niczym paw – no, jeżeli złodziej pokusił się na jego obrazy, to musiały one mieć ogromną wartość. Jego radość trwała jednak krótko, kiedy to okazało się, że faktycznym powodem włamania do kawiarni był alkohol, a obrazy nieszczęśliwego malarza znaleziono na pobliskim śmietniku.

W swojej radosnej działalności  popełnili artyści jeden zasadniczy błąd! Sami się bawili i sami rządzili zabawowym biznesem. To nie mogło się udać. Marszand z wolna stawał się bazarowym sprzedawcą monideł i kiepskim organizatorem życia artystycznego. Szczytem, ale zarazem niespotykaną imprezą jak na białostockie klimaty, było zorganizowanie konkursu na najdłuższego penisa. Nazwisko zwycięzcy ze względu na delikatność materii przemilczę.

Kolejny ogłoszony przetarg wygrało konsorcjum Wedla i artyści znowu zostali na lodzie. Tym razem na własne życzenie. W lokalu po Marchandzie pozostał jednak artystyczny duch środowiska – czekoladowa fontanna.

Fragment książki Andrzeja Fiedoruka, „Moje białostockie powidoki” opublikowany w Magazynie Marchand 2/2019

Rysunki: Artur Chaciej