Zaczęło się w Luwrze. Niby nic, a jednak coś, bo do tego muzeum chodzi się w większości przypadków właściwie tylko w jednym celu, jedną drogą, w tą i z powrotem. Ciężko mi powiedzieć, jak dużo osób zdaje sobie sprawę, że jak w pośpiechu dreptają ile sił w nogach w stronę Mona Lisy, to po drodze na ścianach wiszą też inne obrazy (!), śmiem twierdzić, że nawet bardziej wartościowe i piękniejsze. Bo muszę wam powiedzieć, że z Mona Lisą nie mam przyjaznych relacji. Jak dla mnie ona po prostu istnieje i wątpię, żebym jeszcze kiedyś biegła do niej z tak wielkim zapałem jak za pierwszym razem, kiedy nieświadoma jeszcze tego, co może mnie spotkać, chciałam koniecznie choć przez chwilę zobaczyć ją na żywo.

Wyobraźcie sobie teraz dziewczynkę niespełna metr sześćdziesiąt wzrostu, znajdującą się na końcu wielkiego tłumu turystów, krzyczących do siebie słowa w każdym języku świata, których nierozumienie było najlepszą rzeczą jaka mogła mnie wtedy spotkać. Instynkty zwierzęce uwalniają się w ludziach w naprawdę dziwnych momentach. Przepychają się i szarpią, starając się podnieść telefon jak najwyżej, by zrobić mniejszej niż przewidywali Mona Lisie zdjęcie, które i tak zginie gdzieś między tysiącami innych. Ale nie, oni będą walczyć dzielnie aż dotrą do samych barierek, które i tak pozwolą im na przyjrzenie się obrazowi z odległości zaledwie trzech metrów, jeśli w ogóle postanowią się mu przyjrzeć. A Mona Lisa, cóż, ruszyć to się stamtąd nie ruszy, więc znudzona tylko patrzy na nich wszystkich zza kilku szybek, którymi jest chroniona. Podobno jej magia polega na tym, że nie ważne z której strony się do niej podejdzie, zawsze będzie się mieć wrażenie, że śledzi cię wzrokiem. Mnie też złapała. Dostrzegła wśród tłumu gapiów i patrzyła martwym wzrokiem niewidzących oczu.

Wtedy pomyślałam sobie, że ja wcale jej nie lubię.

Wcale nie chcę mieć z nią zdjęcia. Przyszłam tu, bo inni tu szli, zostałam złapana w pułapkę tłumu, bo nie wypada być w Luwrze i nie zajrzeć do królowej. Trzeba cyknąć fotę i chwalić się na lewo i prawo, że się przecież było, się widziało, mimo że tak naprawdę za dużo się z tego nie wyciągnęło. Ale przecież taka popularna ta Mona Lisa! No ale co ona w sobie ma? Jest w niej coś wartościowego, coś, co mogłoby Cię zmienić, wywołać emocje, dać do myślenia?

Bo jeśli nie po to, to po co nam tak naprawdę sztuka?

Z czysto ewolucyjnego punktu widzenia to po nic. Jaskiniowcy pewnie by przeżyli bez malowania bizonów na ścianach, a Kaplica Sykstyńska by się nie zawaliła bez fresków Michała Anioła. Bo tak bawiąc się w sceptyka, można stwierdzić, że do przetrwania nie potrzebna nam żadna farba na płótnie powieszonym na ścianie. A teraz to już w ogóle! Pejzaż? Zdjęcie będzie w pół sekundy. Portret? No błagam, lepiej zrobić selfie! Ręcznie zawsze wszystko wolniej wychodzi, a my się teraz wiecznie gdzieś spieszymy, wszędzie nam za daleko, wszystko trwa za długo, ułatwiamy, upraszczamy, digitalizujemy i biegniemy dalej, bo świat nie czeka tylko leci do przodu. Wszystko się liczy i szacuje, ile to będzie kosztować i czy się opłaca, czy warto czas poświęcić, zainwestować, choćby rzucić okiem, tracąc cenne sekundy z naszego ograniczonego czasu. Sztuka jest na to wszystko zbyt skomplikowana. Za dużo ma do powiedzenia, żebyśmy zdążyli ją usłyszeć w naszym chaosie.

A co ona mówi? Z początku to nic konkretnego. Szepcze coś po cichu, daje delikatne znaki naszej Intuicji, że ktoś, że coś, że gdzieś tu jest, że czeka ukryte między pociągnięciami pędzla. Każda sztuka? Każda. No, nie rób takiej miny. Ja wcale nie zwariowałam, chociaż różnie to może wyglądać. Czasem trochę za dużo widzę, słyszę, czuję, myślę (i robię), ale jak najbardziej wszystko jest ze mną w porządku, a przynajmniej nikt oficjalnie nie stwierdził, że przekraczam normy. Nie mówię też, że wszystko rozumiem, co to to nie. Czasem nie rozumiem nic. Chodzę w kółko, podskakuję, przekręcę głowę i przymknę oko, zagadam, zapytam, doczytam i nic! Za żadne skarby moje szare komórki nie wyrażą chęci współpracy. Ale tak samo jak nie przyjaźnię się ze wszystkimi ludźmi na ziemi, tak próba zrozumienia całej sztuki świata, wszystkich dzieł i każdego z osobna jest co najmniej bez sensu. Robię więc sobie przerwę, siadam na chwilę. Czasem blokuję się i siedzę tak kilka miesięcy, nie słysząc nic.

Rozmawiać niestety, to też jest sztuka, a już w szczególności ze sztuką, bo ona nie zawsze jest łatwym partnerem w rozmowie. Mimo że wojowniczy nastrój z „Wolności wiodącej lud na barykady” tak szybko nas przesiąka, a „Krzyk” niepokoi bardziej niż byśmy chcieli, to z plamami Rothko czy „Czarnym kwadratem” nie tak łatwo jest się dogadać. Bo jak można rozmawiać z czymś, co jest przypadkowym zbiorem linii i kolorów? Jednym wielkim bazgrołem, który Ty też przecież mógłbyś zrobić? I jeszcze wisi w galerii, sprzedając się na aukcjach za niewyobrażalne pieniądze! Nie sposób się nie zdenerwować, bo cóż, człowiek nie lubi gdy coś go pokonuje, a już szczególnie wtedy, kiedy robi to sztuka.

Ale złość piękności szkodzi! Mama zawsze mówiła, żeby nie tracić czasu na ludzi, którzy nie nadają na tych samych falach co ja. Tu chodzi o energię, żebyś Ty lubiła ich, a oni ciebie. Żeby się aż chciało wyjść z domu w pochmurny dzień, tańczyć i kochać siebie z każdą sekundą coraz bardziej. Sztuka jest trudna. Wymaga myślenia, a to przecież boli. A ta współczesna, oho! Przechodzi samą siebie. Dlatego nie zawsze idę w jej stronę. Szukam dzieł, które mnie polubią. W których dostrzegę samą siebie i może dzięki nim w końcu dowiem się, kim jestem i łatwiej mi będzie żyć. Bo po to ta sztuka jest – mimo że nie gra bezpośredniej roli w procesie przetrwania, to nadaje temu przetrwaniu wartości.

Poszukam więc sztuki, która mnie polubi jako mnie, bez niepotrzebnej spiny i udawania mądrego, który widzi cuda niewidy tam, gdzie nigdy nawet ich nie było. Może kiedyś wrócę do tego, co chce mi powiedzieć Frida, choć teraz nie chciałabym z nią zamienić nawet słowa. Może „Wędrowiec nad morem chmur” nie będzie za jakiś czas moją oazą spokoju, a pisuar Duchampa nie pozwoli przestać się zachwycać. Może. A może nie. W sztuce piękna jest niepewność jutra, bo kto wie, co przyjdzie człowiekowi do tej jego głowy. Do niektórych dzieł trzeba po prostu dorosnąć. Do niektórych nigdy się nie dorośnie.

 

A Mona Lisa? Chyba mnie nie lubi. Dałam jej szansę, by przekonała mnie do swojego piękna, opowiedziała historię i obudziła wyobraźnie. Nie powiem, ciekawie opowiada. Mówi o Leonardzie, który nie potrafił usiedzieć nigdy w miejscu. O swoich losach i podróżach, czasie spędzonym w niewoli złodzieja. Kiedyś miałyśmy lepszy kontakt, teraz rzadko mam ochotę ją odwiedzać. Ale to nie szkodzi. Nie z każdym muszę się wiecznie dogadywać, zmieniam się razem ze światem. Są ludzie i rzeczy, których potrzebujemy w życiu tylko w określonym czasie. Bo tak jak wszystko idziemy do przodu. I może kiedyś znowu natknę się na Lisę, jak na starego przyjaciela. Kłaniając się z szacunkiem, uśmiechnę się pod nosem na myśl o wszystkim, czego mnie kiedyś nauczyła i pójdę dalej szukać sztuki, która zaprowadzi mnie jeszcze dalej, w miejsca, o których nawet nie śniłam.

Autorka tekstu: Kamila Mistarz autorka bloga Heart of Art, początkujący krytyk sztuki,  pasjonatka psychologii, szukająca znaczenia sztuki w życiu człowieka, uczennica klasy maturalnej