W dziejach twórczości artystycznej sztuka umierała wielokrotnie. Przyczyny jej unicestwiania były różne. Od ideologicznych i pokoleniowych sporów artystów, krytyków i teoretyków wieńczących istnienie poszczególnych kierunków i mód po konflikty zbrojne, które na stałe zakończyły żywot wielu arcydzieł. Dziś o końcach sztuki – na szczęście – mówimy wyłącznie w tym pierwszym kontekście. Jednym z ostatnich głosów mówiących o schyłku twórczości artystycznej była opublikowana w 2004 roku książka Donalda Kuspita Koniec sztuki. Na okładce książki umieszczono zdjęcie pracy Damiena Hirsta – jednego ze skandalicznych swego czasu artystów – popielniczkę pełną petów. Obwoluta prezentowała się więc bardzo wymownie: sztuka, a raczej to, co z niej pozostało, to kupa śmierdzących kipów. W swojej książce Kuspit opublikował 31 argumentów za końcem sztuki. „Dużo  – jak mówi Maria Poprzęcka – więc może to rzeczywiście koniec. Ale jest przecież jeszcze popielniczka. Wystarczy wyrzucić z niej cuchnące pety, by uzyskać czystą formę – piękny, idealny okrąg (…). Kształt kuszący oko (…) migotliwy, wciąż inny, a zarazem niezmienny w swej geometrycznej, sferycznej doskonałości. Platoński ideał. Sztuka”.

 

S.K. W Słowniku Języka Polskiego pod hasłem „Impas” czytamy, że jest to sytuacja bez wyjścia. Przyglądając się różnorodnym realizacjom współczesnych artystów a także stosunkowi współczesnego odbiorcy do tych propozycji niejednokrotnie chciałoby się powiedzieć, że właśnie w takiej sytuacji się znajdujemy, a sztuka, taka jaką znamy z klasycznych podręczników do historii dawno się skończyła. Pani książka, choć traktuje o dyskursie historii sztuki nie jest jednak kolejnym „lamentem” na temat jej końca. Wobec tego skąd ten impas?

Maria Poprzęcka: Ja zupełnie inaczej rozumiem słowo impas i tu odwołuję się do doświadczeń… kierowcy. Proszę zauważyć, że jeśli jedziemy i widzimy znak – „impas”, co znaczy, że droga jest zamknięta, to nie stajemy bezradnie w tym miejscu, tylko szukamy innej drogi. Podtytuł tej książki jest pozornie jeszcze bardziej depresyjny – „Opór, utrata, niemoc, sztuka”. I ta właśnie sztuka jest w tym zestawieniu czymś w rodzaju światełka w tunelu, ale nie tylko. Moim zdaniem jest także czymś, co powstaje wśród niesprzyjających okoliczności; wśród oporu, niemożności, wśród wszelkiego rodzaju utrat, żałoby itd. Natomiast generalne przesłanie, które bardzo dobitnie jest wyłożone w ostatnim rozdziale książki, gdzie w kontekście znanego dzieła Damiena Hirsta (popielniczka) wykpiwam te katastroficzne lamenty nad końcem sztuki, jest takie: Tak, jest impas, natomiast powinien on nas mobilizować do tego, żeby zacząć kluczyć, zmienić drogę, zmienić kierunek, zmienić sposób myślenia, znaleźć wyjście z tej sytuacji. Dla mnie impas nie oznacza tego, że nie ma wyjścia,. Nie, nie ma wyjścia wyłącznie tą drogą. Natomiast świat jest otwarty i to powinno nas popychać ku szukaniu jakiegoś bypasu.

S.K.: Taką właśnie alternatywę odnajdujemy w  książce, ale pod kątem nie tyle postrzegania sztuki, co jej historii. Zauważa Pani, że dyskurs historii sztuki jest czymś w rodzaju propagandy sukcesu i proponuje nieco inne wyjście. Opiera się ono na – wydawałoby się z pozoru – stereotypowej sentencji Hipokratesa: „Ars longa, vita brevis”.

M.P.: Przywołana przez Pana sentencja, jest powszechnie znana i funkcjonuje w potocznym myśleniu i mowie w skróconej postaci pod względem formalny, jak i znaczeniowym. Przede wszystkim rozumiana jest w formie pocieszycielskiej; co prawda życie nasze jest krótkie, ale sztuka trwa – to jest podtrzymanie wiary w sztukę, w jej niezniszczalność, trwałość, w jej dłuższe niż nasze życie. Natomiast ta sentencja, która jest sentencją medyczną i dopiero teraz „przykleiła się” do sztuki czy też do życia. Dalsze jej człony, mówią tym, że okazja jest ulotna, doświadczenie niebezpieczne i sąd trudny. Wydało mi się, że te pięć kategorii znakomicie pasuje do sztuki współczesnej, gdzie mało wiary w trwanie, okazje są ulotne, bardzo dużo doświadczeń niebezpiecznych – to wszyscy bardzo dobrze wiemy. W książce jest jeden dosyć drastyczny rozdział o sztuce okropnej, w związku z tym bardzo trudno tę sztukę sądzić i w ogóle o niej pisać. Dlatego parę tekstów które zamykają książkę jest tekstami, nazwijmy to na wyrost, metodologicznymi, tzn. pytającymi o to jak pisać o tej sztuce, bo sąd jest rzeczywiście trudny, co więcej wygląda na to, że artyści mają nas dosyć – nas tzn. historyków i krytyków sztuki. Tworzą swoją własną opowieść, własne hierarchie wartości, własne aleje sław, podia dla zwycięzców i dla przegranych. Dlatego też moja książka nie ma ciągłej narracji, ona jest podzielona na pięć rozdziałów wedle kategorii Hipokratejskich, natomiast nie bardzo wyobrażam sobie, aby materia tak nierówna, zaskakująca pełna oporu, niemożności, utraty jaką jest sztuka XX wieku (bo książka dotyczy sztuki XX wieku) dała ująć się w to, czego oczekuje szeroka publiczność, tzn. w uporządkowaną historię, opowieść, która by się rozwijała w czasie, miałaby sens przyczynę i skutek. Nie, to się tak nie układa. Ta sztuka, idzie, skacząc po górach. Natomiast doliny, te ciemne doliny w których wcale nie czujemy się bezpiecznie, wbrew Biblii, na ogół są bardzo słabo rozpoznane. Tam dopiero widzimy to, co jest materią sztuki czy humusem, z którego sztuka wyrasta, i z którego wyrastają te szczyty, które potem oglądamy w muzeach czy, o których później czytamy w książkach.

S.K.: Magdalena Piwowar w recenzji dla „Rzeczpospolitej” napisała, że Pani książka to obraz chaosu sztuki współczesnej. Ja powiedziałby raczej, że jest to obraz sztuki współczesnej jako bardzo skomplikowanej struktury, toczącej się od procesu twórczego do zaistnienia w instytucji i momentu zetknięcia z odbiorcą. Innymi słowy sztuka XX wieku i to co następuje po niej jest formą palimpsestu – to słowo, które bardzo często pojawia się w Pani książce.

M.P.: To słowo jest bardzo ważne! Cała pierwsza część książki, która mówi o długotrwałości sztuki, ma na celu pokazanie, że ta sztuka, która przetrwała, zwyciężyła – znakomitym przykładem jest „Czarny kwadrat” Malewicza, najbardziej znany obraz XX wieku, czy obrazy Wróblewskiego przemalowywane, malowane dwustronnie – ta sztuka, która właśnie wychodzi zwycięsko, jest wynikiem wewnętrznych walk, uporu, oporu, utraty, żalu, czasami także chęci zaprzeczenia samemu sobie, tak jak to widać w przemalowywanych płótnach starego Jacka Sempolińskiego – artysty bardzo mi bliskiego. To wszystko nie jest świadectwem chaosu, ja nie widzę sztuki XX wieku jako chaosu. Oczywiście nie daje się jej logicznie opowiedzieć. Nie można polecieć po „izmach” a potem po „artach” – tak, nie jest. Sztuka jest w tej chwili niesłychanie skomplikowanym mechanizmem, który poza swoimi problemami twórczymi ma problem polegający na tym, że sztuka funkcjonuje na rynku. To nie są tylko męki twórcze, to są także presje rynkowe, muzealne, kuratorskie. Możemy się zastanawiać na ile artyści są wolni, wobec tych instytucji. Muzeum, jak wiadomo, było przedmiotem nienawiści i odrzucenia, właściwie od dadaistów przez futurystów – to futuryści z furią, z pasją chcieli niszczyć sławne płótna, zatapiać muzea. I co? Ci futuryści są w muzeach. Takich antymuzealnych, antyinstytucjonalnych ruchów, w sztuce XX wieku było bardzo dużo, i okazuje się, że te instytucje wyszły z tego zwycięsko – można zapytać czy zwycięsko wyszła też sztuka, skoro wbrew sobie w tych instytucjach się znalazła. Częstokroć jest to taka sztuka, która żadnej innej racji jak muzealna – nie ma, bo to nie są obrazy, instalacje, filmy, które można by sobie kupić i powiesić na ścianie – one nadają się tylko do muzeum, zresztą bardzo dawno temu Walter Benjamin wprowadził pojęcie wartości wystawowej i ta wartość wystawowa częstokroć zderza się z tą, czasami bardzo autentyczną wściekłością artystów na instytucje, które ich pożerają, wywierają różnego rodzaju presje, niekoniecznie typu cenzorskiego, one wywierają tę presję samym faktem swojego istnienia.

S.K.: „Opór, utrata, niemoc, sztuka” – to, jak Pani wspomniała – zestawienie nie koniecznie optymistyczne, ale pisząc w książce o malarstwie, oprócz powyższej pesymistycznej wyliczanki, powraca Pani do bardzo pięknych, mitologicznych źródeł tego medium. Do mitu o Narcyzie i córce garncarza, czyli mitu o obrazie i mitu o cieniu. Jak Pani sądzi czy dzisiejsza sztuka jest realizacją mitu o Narcyzie czy może bardziej chodzi nam o cień?

M.P.: Oczywiście realizacją mitu Narcyza, ale nie w tym psychoanalitycznym rozumieniu narcyzmu jako zakochaniu się w sobie. Otóż sięgając do antycznych pism myśli o sztuce, odnajdziemy dwa początki sztuki i te dwie opcje wydają mi się nadal aktualne i co ważne, obie biorą się z miłości. Jedna opowiada wzruszającą historię dziewczyny, która nocą obrysowuje cień swojego kochanka, który ma ją porzucić i odjechać na wojnę. W ten sposób, z potrzeby utrwalenia, powstaje pierwszy obraz. Co więcej jej ojciec – tu istotne jest, że to była córka garncarza – z tego cienia zrobił płaskorzeźbę i to jest jeden początek sztuki. Wynika on z potrzeby zatrzymania ulotnej chwili, ulotnego życia, przedłużenia trwania. To jest potrzeba trwania – non omnis moriar – nie cały umrę, coś po mnie zostanie, i to była od zarania dominująca potrzeba niezgody na śmierć, przemijanie i ulotność. Tą niezgodą była sztuka właśnie. Drugi mit, który moim zdaniem, bardziej pasuje do sztuki współczesnej, to właśnie mit Narcyza, który nie tyle zakochuje się sam w sobie, tylko zakochuje się w wizerunku. Tragedia Narcyza polega na tym, że dopiero po pewnym czasie rozpoznaje siebie, natomiast zakochuje się w wizerunku, który jest zmienny i który jest niematerialny. Ta dziewczyna, która obrysowała cień kochanka zmaterializowała jego osobę, później powstałą z tego płaskorzeźba i mamy trójwymiarowy substytut tej osoby; natomiast ten obraz, w który patrzy przeglądający się w potoku Narcyz, ani chwili nie pozostaje nieruchomy, to jest obraz, który nieustannie się zmienia i jest nieuchwytny. Tak jak cień można było obrysować, tak Narcyz ginie, bo usiłuje objąć ten wodny obraz, który się rusza, lśni, skrzy, jest niesłychanie pociągający, ale nie daje się zatrzymać, nie daje się utrwalić. Wydaje mi się, że tak jak przez wieki dominującą potrzebą powstawania sztuki była potrzeba zachowania, utrwalenia, pozostawienia w pamięci, tak w sztuce XX wieku, w której jest tyle rzeczy nietrwałych, ku rozpaczy konserwatorów i muzealników ulotnych – to jest sztuka, która usiłuje uchwycić coś, co jest nieuchwytne, nie do zatrzymania.

S.K.: Czy nie ma Pani takiego wrażenia, że dzisiaj, współczesnemu odbiorcy sztuki, właśnie tej miłości brakuje – w tym sensie, że nasz stosunek do sztuki jest zbyt analityczny.

M.P.: To zależy kto patrzy. Oczywiście profesjonalista, krytyk czy historyk sztuki, muzealnik, marchand czy kolekcjoner patrzą inaczej, mając swoje własne kryteria, niekoniecznie tożsame. Natomiast ja jestem najdalsza od lekceważenia tzw. zwykłych potrzeb ludzkich, i znakomicie rozumiem to, że ludzie chcą mieć w mieszkaniu obraz, który będzie przedstawiał słoneczniki, albo maki w wazonie, albo śliczne dziecko, albo ładną nagą kobietę – sztuka jako konsolacja, jako ozdoba życia, z tym, że ozdoba brzmi nieco pejoratywnie. Sztuka niesie pocieszenie, to było jedno z jej wielkich zadań, także pocieszenie w tym, że możemy mieć portret matki, która już nie żyje, piękny krajobraz, który już wiemy, że został zniszczony, albo że już nigdy do niego nie wrócimy. Jestem najdalsza od poczucia wyższości fachowca nad ludźmi, którzy chcieliby mieć osławionego jelenia na rykowisku. Ale czym jest jeleń na rykowisku? To jest obraz raju. To, o czym ludzie marzą to raj, i w tym nie ma powodu do winy, jest to elementarna tęsknota, potrzeba. Właśnie taki obraz zgody, nieba, ziemi, wody, ludzi, zwierząt…krainy łagodności.

S.K.: Dotyka Pani bardzo istotnej kwestii, tzn. tego, jak Polacy postrzegają sztukę w ogóle i czy umieją na nią patrzeć? Czy widzi Pani w polskiej dydaktyce potrzebę czegoś, co dawniej miało miejsce, a co określano wychowaniem estetycznym? Przypominam, że w jednym z wywiadów zwróciła Pani uwagę na to, że tę pałeczkę wychowawczą w kontekście stosunku człowieka do sztuki przejmują galerie i jako przykład podaje Pani m.in. Białystok i Galerię Arsenał.

M.P.: Oczywiście, że tego strasznie brakuje, ja w ogóle nie chcę mówić o programach szkolnych, nie tylko pod kątem edukacji o sztuce, bo nie chcę się irytować. Natomiast samo myślenie o kształceniu od podstawówki po studia wyższe jest w gruncie rzeczy myśleniem XIX-wiecznym. W Polsce mamy jeszcze pozaborowe zaszłości, które są widoczne dla tych, którzy głębiej się zastanawiają nad systemem szkolnictwa. Panuje przekonanie, że szkoła ma czegoś nauczyć, sprawdzić, następnie skontrolować czy te podane treści zostały przyswojone i to ocenić. Jest odpytywanie, są te koszmarne testy, które już nawet zlikwidowały odpytywanie. Szkoła nie uczy życia wśród ludzi. Ja już nie mówię, że nie uczy życia w takim świecie w jakim tym ludziom przyjdzie żyć. Natomiast, do edukacji artystycznej, Białystok to jedno z bardzo optymistycznych zjawisk, a „Galeria Arsenał”, bardzo odważna, robi świetną robotę. Pamiętam jak kilkanaście lat temu odbywał się w Krakowie Kongres Kultury Polskiej zorganizowany przez ministra Zdrojewskiego, gdzie była sekcja poświęcona muzeom i tam postulowałam, żeby tzw. Działy Oświatowe czy Działy Edukacji zostały całkowicie w innej pozycji ustawione wobec Działów Merytorycznych, żeby to nie był dział pomocniczy, tylko, żeby to był dział bardzo ważny jak nie najważniejszy. I o dziwo to się stało. Oczywiście nie znalazło to odzwierciedlenia w pensjach, wszystkie muzea płacą wszystkim źle, więc to tak bardzo nie jest krzyczące. Krzyczące jest to jak w ogóle ludzie zarabiają w muzeach. Natomiast znaczenie edukacji muzealnej, przez te kilkanaście lat całkowicie się zmieniło. I nie chodzi wyłącznie o to, że każde muzeum może się pochwalić ilością przeprowadzonych lekcji. Lekcje muzealne są już dość skonwencjonalizowaną formą. Ważne, że tam ciągle szuka się nowych form porozumienia, partycypacji aby zmienić schemat działania polegający na tym, że szkoła przychodzi do muzeum, jest oprowadzona i koniec, wychodzi. Odfajkowne. Nie tędy droga. W edukacji artystycznej chodzi o to aby sztuka okazała się czymś, co jest zabawą, co jest niespodzianką, zaskoczeniem, podjęciem jakiegoś ryzyka, gry, wyjścia z rutyny. Tym wszystkim, co ma do życia, które będzie pełne niespodzianek przygotować.

Maria Poprzęcka, historyk i krytyk sztuki, profesor zwyczajny na Wydziale Artes Liberales Uniwersytetu Warszawskiego. Interesuje się głównie sztuką nowoczesną, migracjami obrazów, ich „długim trwaniem”. Autorka licznych książek, m.in. Uczta bogiń. Kobiety, życie i sztuka (2012), Inne obrazy. Oko – widzenie – sztuka. Od Albertiego do Duchampa (2008). Laureatka Nagrody Literackiej Gdynia w dziedzinie eseju.

Rozmawiał: Sebastian Kochaniec 

Artykuł w Magazynie MARCHAND nr 2/2019